Olga Bończyk, aktorka i wokalistka, chętnie angażuje się w akcje pomocy dla potrzebujących. Szczególnie mocno związana jest z Fundacją Orange i programem Dźwięki Marzeń, którego jest ambasadorem. W rozmowie z Anną Sado opowiada, dlaczego pomaganie jest tak ważne.

Znana jest pani nie tylko ze sceny muzycznej i filmowej, ale także z działalności na rzecz potrzebujących. Współpracuje pani z Fundacją Orange, wspiera akcję „Zdrowy Nawyk – Zdrowe Piersi – ale nie tylko.

Bardzo chętnie się angażuję w różnego rodzaju akcje pomocowe i wspieram potrzebujących, kiedy tylko mam ku temu możliwość. Pomaganie jest u mnie niczym odruch bezwarunkowy – zawsze reaguję, kiedy widzę osoby potrzebujące wsparcia. Najbliższe są mi jednak te dwie wymienione – są takim moim oczkiem w głowie. Fundacja Orange zaprosiła mnie w 2005 r. do współpracy przy realizacji programu Dźwięki Marzeń, który pomaga dzieciom niesłyszącym lub z bardzo poważną wadą słuchu. Rocznie spod skrzydeł Fundacji wyfruwa kilkanaścioro dzieci, które jeszcze w momencie rozpoznania choroby nie miały żadnych szans na wyzdrowienie: dzięki terapii i rehabilitacji normalnie mówią i słyszą, poznają świat dźwięków – oczywiście nie w takim wymiarze jak ludzie dobrze słyszący, ale wystarczającym, by poprawnie funkcjonować, a nawet pójść do normalnej szkoły. Eksperci od wad słuchu, logopedzi i surdopedagodzy – trzeba podkreślić, że są to wybitni specjaliści, o których zabiegają ośrodki europejskie – wykazują się zadziwiającą desperacją, by wyrwać te dzieci ze świata ciszy w momencie, kiedy nie jest jeszcze za późno. Opracowali i realizują specjalny program terapii, po zakończeniu którego dzieci są na zauważalnie wyższym poziomie intelektualnym niż ich zdrowi rówieśnicy.

Dlaczego ten program jest dla Pani taki ważny?

Ponieważ pokazuje świat, w którym ja się wychowywałam, którego dotykałam, i wiem dobrze, jak dotkliwe jest to doświadczenie. Program Dźwięki Marzeń daje tym dzieciom – bardzo często są to niemowlęta, ponieważ te pierwsze miesiące są decydujące – już na starcie ogromną szansę. Dlatego jestem niezwykle dumna, że mogę być jego ambasadorką, choć tak naprawdę mój wkład jest naprawdę niewielki: ja tylko o nim mówię publicznie, podkreślam jego rolę przy każdej możliwej okazji. Ale mam wiele dowodów na to, że to mówienie ma sens: dzięki temu o programie dowiadują się osoby potrzebujące pomocy. Jestem więc swoistym działem promocji – bowiem wszystkie pieniądze, jakie pozyskuje fundacja, przeznaczane są na ratowanie dzieci, i już nie wystarcza na kampanię informacyjną. Staram się też odwiedzać dzieci na turnusach rehabilitacyjnych, brać udział w konferencjach na temat upośledzeń słuchu – kiedy ja byłam dzieckiem, nie było takiej wiedzy na ten temat, a więc i możliwości pomocy osobom z wadą słuchu były znacznie mniejsze.

Pani rodzice również byli osobami niesłyszącymi – czy stąd to wyjątkowe zainteresowanie tym tematem?

Właśnie dlatego dobrze wiem, jak ogromnym wykluczeniem społecznym jest głuchota. Ludzie niesłyszący są bardzo często spychani na margines życia społecznego. A jako że nie widać ich niepełnosprawności, mało kto się przejmuje ich potrzebami. Mogłoby się wydawać, że czego nie usłyszą, mogą przeczytać, ale to tak nie działa: filmu, nawet wiadomości, nie obejrzą, bo tylko nieliczne programy są tłumaczone na język migowy lub mają napisy. Mimo XXI wieku, żyją odcięci od świata. To trochę tak, jakbyśmy wyjechali na urlop gdzieś, gdzie nie mamy dostępu do informacji – po powrocie dziwimy się, że tak wiele się pod naszą nieobecność wydarzyło. Głusi przebywają w takim odizolowaniu nierzadko przez całe życie! Niesłyszący nigdy nie będą na tym samym poziomie intelektualnym co ich zdrowi równolatkowie: nie dlatego, że są mniej inteligentni czy bardziej leniwi, tylko właśnie z powodu społecznego wykluczenia. Dlatego tak ważne jest, by uratować jak najwięcej dzieci przed wyrokiem skazującym dożywotnio na świat ciszy.

Drugi temat pani działalności charytatywnej to walka z rakiem.

Tak się potoczyło moje życie, że nie tylko to, co związane z upośledzeniem słuchu, ale i nowotwór dotknął moją rodzinę i krąg przyjaciół. Nie mam zgody na to, by kobiety umierały na choroby, którym można zapobiec. I dlatego staram się brać udział w kampaniach informacyjnych, nakłaniać kobiety, by wykonywały badania profilaktyczne, zaszczepiały swoje córki przeciwko wirusowi HPV. Stąd moje wsparcie nie tylko dla akcji „Zdrowy Nawyk – Zdrowe Piersi”, ale i innych, które pozwolą uratować ludzkie życie lub choćby podnieść jego komfort. Jestem przekonana, że wszelkie akcje informacyjne i profilaktyczne mają ogromny sens. Pomagając ludziom w hospicjach, ułatwiamy im nieuchronną śmierć, a w tych programach ratujemy im życie. To jest rodzaj cudu. Zwłaszcza w przypadku dzieci, które jeszcze jakiś czas temu nie słyszały, a dziś odwracają głowę i uśmiechają się, kiedy mama je woła. To po prostu genialne.